nie-codzienna

Verba volant, scripta manent

W ostatnim tygodniu 5 na 5 dni pracowniczych robiłam sobie make up. Co jest dokonaniem albowiem: a) ja się z zasady nie maluję, b) a nawet jeśli to nie tuż po 5 rano w obawie o to, że mogłabym wydziobać sobie oko. Jeśli połączyć to z faktem, że w ostatnich dniach przeraziły mnie artykuły o: a) przedwczesnej menopauzie u coraz większej ilości młodych kobiet (dziękujemy Twojemu Stylowi, który uświadomił mi, że można mieć menopauzę w wieku 30 lat i jest to coraz bardziej powszechne zjawisko), b) coraz gorszej jakości nasienia u polskich mężczyzn (a ja tak jakby mam głęboko zakorzeniony patriotyzm w tej kwestii). Do tego uświadomiłam sobie dziś popierdalając na rolkach, że dajmy na to za 10 lat nie będę już w fantastycznej formie i być może nie nadążę za moim potencjalnym potomkiem…

Do tego krem na zmarszczki podobno trzeba stosować od 19 roku życia, czyli jako że takowy zakupiłam niedawno pozostaje mi tylko mocne ściąganie włosów gumką, żeby mu się twarz naprostowała.

Borze, starzeję się i mi się tylko wydaje, że wciąż mam 25 lat. A było to już kilka lat temu.

Logika męska przy kreowaniu własnego imidżu są dla mnie szczególnie latem niepojęte. Czy któryś z panów może mi wyjaśnić następujący fenomen:

zrobiło się ciepło jak jasna dupa, pot spływa po jajach, człowieki wylegają na ulicę w koszulkach i krótkich gaciach… a do tego obowiązkowo skarpetki i pełne buty*. Ewentualnie nieśmiertelne skarpetki i sandały, które to połączenie występuje tylko u nas – serio, zdarzyło mi się być latem w kilku europejskich państwach i tylko u nas występuje ten obyczaj, jeśli zjawisko to występuję za granicą to na 200% mamy do czynienia z rodakiem. Rozumiem, że noszenie, kiedy jest ciepło, sandałów, albo nie daj buk klapek uwłacza znacząco męskiej godności i od razu odejmuje z 300 punktów z samczego wizerunku.

Żeby było fair – panie które noszą rajtki do japonek stawiam na równi z panami opisanymi powyżej…

Klauzula sumienia aptekarzy to temat, który mierzi mnie od dawna.

Dlaczego dorosły człowiek, który świadomie, znając wszystkie za i przeciw wybierał sobie dobrowolnie taki, a nie inny zawód teraz nagle ma decydować o czyimś życiu i wyborach życiowych? Idąc tropem rozumowania katolickich aptekarzy, czemu mają oni odmawiać tylko sprzedaży środków antykoncepcyjnych i wczesnoporonnych (które nota bene wczesnoporonne nie są, w ulotce obu dostępnych na pl rynku środków jak wół stoi: „Lek nie jest skuteczny jeśli proces implantacji już się rozpoczął„)? Dlaczego nie zamierzają odmawiać sprzedaży innych środków, chociażby tych na żołądek, których zażycie w odpowiedniej dawce działa bardziej brutalnie niż postinor? Dlaczego nie boli ich tak bardzo wizyta anorektyczki ważącej na oko jakieś 35 kg, która codziennie przychodzi do tej samej apteki i kupuje 2 opakowania środków na przeczyszczenie, albo ćpunów z receptami na kolejny narkotyczny lek? Umówmy się, leki działające antykoncepcyjnie stosuje się również w celach leczniczych.

Dlaczego to najpierw lekarz, a później aptekarz ma decydować o moich wyborach życiowych, sumieniu i dawać mi wykład umoralniający na pół apteki, tak żeby wszyscy klienci zdążyli się zorientować w czym rzecz..?

Idąc tym tropem dalej dlaczego aptekarze mają być uprzywilejowaną grupą? Wszyscy powinniśmy mieć możliwość odmowy obsłużenia jakiegoś klienta, bo dajmy na to jego światopogląd nie jest zbieżny z naszym. Mi sumienie może nakazywać spławienie np. rasisty, albo nazisty, bo w sumie czemu nie. Albo pani ekspedientka w sklepie może powinna móc odmówić sprzedaży mięsa, bo np. jest wegetarianką i jest to niezgodne z jej światopoglądem.

Fakty są takie – każdy z nas dobrowolnie, nie pod przymusem wybrał sobie sam zawód i powinien sumiennie wykonywać swoje obowiązki; każdy z nas decyduje we własnym sumieniu czy chce przyjmować środki antykoncepcyjne czy stosować NMPR; nie każdego z nas, ba zdecydowanej większości, nie stać na dziecko, więc chyba lepiej jest się zabezpieczać, niż produkować kolejnego mieszkańca domu dziecka, czy zawiniątko znalezione na śmietniku; wreszcie dochodzimy do tego, że tymi działaniami aptekarze mimowolnie wspierają rozwój podziemia aborcyjnego, które istnieje i ma się bardzo dobrze.

I bez klauzuli sumienia ciężko jest znaleźć lekarza, który wypisze receptę na postinor, a później aptekarza, który bez zamanifestowania swojego światopoglądu znacznie podniesionym głosem sprzeda tabletki. Nie powinno być tak, że to osoby trzecie decydują o naszym życiu i naszych wyborach.

Jeśli sumienie, drogi aptekarzu, nie pozwala ci sprzedawać środków anty, to wiedz, że żyjesz w wolnym kraju i nic nie stoi na przeszkodzie żebyś się przekwalifikował i pozbył się dylematów moralnych.

 

Ruda mi przypomniała, kolejne co mnie niesamowicie wprost wkurwiło. Ostatnio w moim mieście pojawiła się słynna wystawa antyaborcyjna. Prezydent miasta nakazał zdjęcie wątpliwej jakości dydaktycznej afiszy, które w zeszły weekend zaatakowały mnie tuż przy kościele, w centrum miasta… podczas komunii świętej. Trwa dyskusja czy 8-latki są wystarczająco dorosłe aby podejść do sakramentu, wyspowiadać się, ale jak widać wg księdza proboszcza, który wydzierżawił płot na rozwieszenie tego chujostwa dzieci są wystarczająco dorosłe i odporne psychicznie żeby obejrzeć sobie wystawę antyaborcyjną i jeszcze twierdzi „że tam nie ma nic kontrowersyjnego, że nie ma co wydziwiać i o czym rozmawiać„. Szlag mnie jasny trafił.

Oglądamy DDTVN, a w nim perfekcyjną panią domu

- kim w ogóle jest ta kobieta? celebrytką? co ona robi? – pyta on

- to jest taka pani, która jest matką dzieciom, żoną męża, a przede wszystkim gospodynią domową, cały dzień siedzi w domu i sprząta, a jak pan i władca wraca z pracy to przynosi mu w kapcie w zębach i podaje dwudaniowy obiad z deserem w ich perfekcyjnie odkażonym domu

- rozumiem, że to oglądasz i uczysz się prawidłowych zachowań :D ? bo mi się baaardzo podoba taki tradycyjny podział ról ;)

- chyba kpisz… ;>

Wszystko mnie zachwyciło.

Rzodkiewki wielkości pięści rysunki z karteczek samoprzylepnych jako oderwanie od biurowej rutyny kury wyglądające jak puchowe pieski sarnina biegająca luzem lokalny folklor duuużo dobrego wina leniwiec wiszący tuż nad łbem wielbłąd który zapozował jak rasowa księżniczka dłuuugie przepiękne żyrafie rzęsy król Julian dworzec kolejowy zapierający dech

i wiele, wiele innych kadrów :)

Rok temu mniej więcej o tej porze nie mogłam złapać oddechu. Pełna paniki relacjonowałam jej, że co ja najlepszego robię? Chyba na łeb upadłam. Ba! Zdecydowanie na łeb upadłam, żeby z prawie obcym nim wyjechać na kilka dni, 24h/dobę razem, co ja będę z nim robiła?!

Pewnie robiłam z nim to samo co teraz. Pakujemy się, tym razem pranie zdążyło nam wyschnąć i nie pojedziemy z mokrymi rzeczami; robimy zakupy i nie musimy co chwilę ustalać co bierzemy, bo po niezliczonych wspólnych posiłkach wiemy, które z nas co je, a czego nie ruszy; wkurzamy się, bo ja nie potrafię czytać mapy, a według niego powinnam być zastępczą nawigacją; marudzimy, ja bo trzeba będzie wstać w środku nocy, on bo to tylko chwilowa niedogodność i powinnam być zadowolona, że jedziemy; ustalamy co chcemy zobaczyć, chociaż wiem znając go już jakiś czas, że cały pobyt mamy zaplanowany ;)

I wiemy, że kiedy przyjdzie czas będę spakowana; wstanę w środku nocy; półprzytomna zalegnę w aucie, że on specjalnie dla mnie zabierze koc, żeby mi nie było zimno po drodze; wie, że do pierwszego postoju i pierwszej kawy będę raczej półprzytomna; wiem, że będzie marudził po drodze, że w radio nic ciekawego nie ma, że już długo jedziemy i jest zmęczony; że skupię się na 100% i nagle okaże się, iż potrafię czytać tę cholerną mapę i jakoś nas poprowadzić; wiemy, że będziemy łazić po wszystkich zakamarkach i szukać najdurniejszych miejsc z najgłupszymi suwenirami i że ostatniego dnia będziemy biegać w poszukiwaniu lokalnych alkoholi.

Nadal jest to dla mnie w jakimś stopniu niewiarygodne, to tu i teraz i wciąż. Po ostatnim razie obiecałam sobie, że nigdy więcej, że najwyżej na chwilkę, nie dłużej. A to już całkiem długa chwila.

Rozmawiam z Panem Bratem o naszej sytuacji życiowej (ja zapierdalam, matka pracuje za kwotę „za dużo by umrzeć, za mało by żyć„, on lada chwila kończy się kształcić i musi iść praktykować, a padre pozostaje bez pracy…)

- Rozumiesz, że różowo nie jest, ja zapierdalam i jakoś to ciągnę. Musisz zdać wszystkie egzaminy teraz, bo czynszu za kolejny miesiąc nie zniosę, tym bardziej, że nie wszystkie rachunki są opłacone. Konkluzja jest taka, że sama 4 dorosłych osób nie utrzymam.

- Nie martw się, mam 2 lata na odbycie roku praktyki, zdążę, a teraz skoro jest jak jest to pójdę do pracy, w dwójkę sobie poradzimy.

No i rozwalił mnie. Kiedy on się zrobił taki dorosły..?

Ostatnio regularnie spotykam moją koleżankę z liceum. Tak sobie jeździmy czasami razem do pracy i czuję każdą komórką mego ciała jak bardzo mamy odmienne życie. Ona ma dziecko w podstawówce, ja nie mam go nawet w najbliższych planach; ona wychodzi wkrótce za mąż, mi ewentualne zamążpójście na tę chwilę nie jest potrzebne do szczęścia; ona zakończyła edukację w liceum, ja wciąż i wciąż namiętnie studiuję.

Wszyscy moi bliscy znajomi są ode mnie albo starsi, albo dużo starsi, więc na co dzień jakoś mnie nie poraża specjalna przepaść między nami, bo nasze życie jest dosyć podobne (praca-padam na twarz-praca-weekend-o borze jak szybko zleciał-znowu praca-padam na twarz…). Jakoś nigdy nie odczuwałam więzi z rówieśnikami, bo po moich przeżyciach o czym gadać z kimś, kto w dupie był i gówno widział. Zawsze jak wchodzę na jakąś społecznościówkę i zewsząd atakują mnie informację o znajomych w moim wieku przeżywam delikatny szok. Kiedy oni wszyscy się powiązali i rozmnożyli?! I tak sobie patrzę na tych moich znajomych z podstawówki i liceum, na ich życie wyrażone w necie kolejnymi wpisami na ścianie i jpgami wrzuconymi w wirtual. Czasami im – piszę to bez ironii – zazdroszczę. Skończyli się kształcić na ogół na poziomie szkoły średniej (97%, tak, policzyłam sobie, takie zboczenie); prace mają taką sobie, ale idą do niej na te 8 godzin, odpierdolą swoje i do domu; w domu czeka współmałżonek, który co prawda regularnie wkurwia, no ale jest;  dzieci, które ząbkują, mają kolki, później we wspaniałym okresie przedszkola łapią każdy możliwy syf zarażając przy tym pół rodziny, ale pierwsze zęby, słowa, kroki mentalnie dupę urywają i wynagradzają wszystko co złe; w weekend wyskoczą do sąsiedniej miejscowości, bo na dalszy wyjazd nie ma kasy. Kurcze takie to wszystko jest proste, nieskomplikowane. A ja w ciągłym niedoczasie; uczę się już przez ponad 3/4 mojego życia; zarzynam się w robocie; życie towarzyskie praktykuję głównie w weekendy, bo w tygodniu po powrocie do domu dalej pracuję, a po wszystkim nie mam siły ruszyć dupy do wyra i tak czuję się delikatnie oszukana. Może też trzeba było zajść w ciążę w liceum, pierdolić te studia, tą całą karierę, prowadzić sobie takie życie z weekendowymi wyskokami do wioski obok z wkurwiającym od czasu do czasu mężem. Mam czasami wrażenie, że mi ucieka coś, co oni mają; że przeciekło mi przez palce mnóstwo czasu, w trakcie którego oni zdążyli się znaleźć w miejscu, w którym dziś są; że tak naprawdę w ostatecznym rozrachunku to ja jestem w szarej dupie, a nie oni.

Przykre to jest i w sumie sama nie wiem po co…

Pacze sobie na te foty i myślę, że moje miasto wygląda pięknie z tej wysokości.

Ale chwila przecież ja też się tym ustrojstwem przejechałam, tylko nie widziałam tych pięknych widoków.

No być może dlatego, że mam paniczny lęk wysokości i tuż po ruszeniu diabelskiego młyna zamknęłam oczy i otworzyłam je dopiero przy wysiadaniu?!

Aczkolwiek się przejechałam. Pierwszy i ostatni raz ;>

Zaszczyconam została mmsem mojej coty na nowych włościach.

Ja: Zajebistość sama w sobie. Aleś ją spasł ;p

eMGie: Złudzenie! Ona wcale nie jest taka gruba! Ona po prostu ma taką puszystą sierść ;p!

Ja: No to chyba ją, kurwa, wyprałeś w perwolu ;)

statystyka
  • RSS
  • Blip