Wkroczył nowy rok i człowiek wziął i się postarzał w mgnieniu oka.

Najpierw zaatakowało mnie zapalenie płuc, które trwało łącznie cztery antybiotyki i trzy tygodnie. Luz, kurwa, taki mieliśmy sylwestra i styczeń.

W lutym przerabiam zajebiste bóle brzucha kończące się jebnięciem na środku ulicy, niemożność jedzenia (co jest prawie pozytywne ze względu na dupę) i częste wizyty na SORze gdzie sobie radośnie wiszę na kroplóweczkach opioidowych. Nie powiem pomagają, problem pojawia się jak przestają działać, bo cały kosmos zaczyna się od początku.

W ramach podnoszenia ciśnienia pani dochtór po 4 antybotach i prześwietleniu całego brzucha zaczęła domniemywać czy przypadkiem nie jestem w ciąży. Nie powiem zrobiło mi się lekko nieprzyjemnie kiedy uświadomiłam sobie powagę sytuacji. Beta hCG na szczęście powiedziało, że nic z tego. Za to posiadam torbiel, która niestety nie jest przyczyną mego cierpienia.

Po kilku wizytach na SORze i braku rozwikłania zagadki bólowej zapytałam wujka googla co on o tym sądzi. I wujek podpowiedział, ja wzięłam i przechodzi. Nikt nie wpadł na to, a deklamowałam swoje przygody ostatnich dwóch miechów, że hurtową ilością antybiotyków mogłam sobie rozjebać całą florę bakteryjną i rzeczywiście w takiej sytuacji ma prawo napierdalać mnie człowiek wewnątrz. Cudownym środkiem po mdleniu z bólu włącznie okazał się probiotyk za kilkanaście zł.