Ci ludzie mnie kiedyś wykończą…

 

Początek miesiąca w pracy, uwaliłam se że może na urlop bym poszła na 6 dni, pytam zatem

- możesz iść10 minut późniejchyba cię pogięło! a kto moje rozliczenia zrobi?! nie możesz iść

- A. zrobi, no sorry ale tak czy siak musi się tego nauczyć – jeb telefonem godzinę później

- idziesz na 2 tygodnie urlopu

- 6 dni wystarczy, będę znowu miała zajebiste zaległości

- idziesz na 2 tygodnie i koniec, bo masz jeszcze urlop z zeszłego roku

No to uczę A. tego, co wiedzieć powinna i idę, informuję, że w razie „w” mogą do mnie dzwonić do dziś, albo pisać maile cały czas. Ciszę przerywa sms od kolegi z pracy:

Czego nie zrobiłaś, lub czego zapomniałaś przekazać, że firma się wali a kierowniczka kurwuje na pół dzielnicy?

Dowiem się jak wrócę, zapewne jest wkurwiona „bo musi za mnie zapierdalać„.

 

Matka od kilku dni przebąkuje coś o wyjeździe. Dziś rzuca bombę, wszystko już sprawdzili, zaplanowali, teraz czekają aż im urosną jaja żeby to zrobić. Ależ nie zostanę absolutnie sama, zostawią mi psa i mieszkanie (i rachunki – no tak oni podpisali kilkuletnie umowy, ale skoro nie będą korzystać, to nie zamierzają partycypować), no i dziadków, którzy niestety są coraz starsi i z tygodnia na tydzień potrzebują coraz więcej opieki. Wspaniale.

 

Idę się dopakować i wyjeżdżam odpocząć. Może ja też powinnam rzucić wszystko w pizdu i się wyprowadzić? Tylko dziadków szkoda.