Kiedy komuś pomagasz m.in. utrzymując go przez kilka miesięcy, bo nie ma pracy; jadąc w środku nocy do niego do szpitala oddalonego o 200 km, bo nagle tam trafił; załatwiając za niego masę urzędowych przykrych spraw, bo sam sobie najebał w życiorysie, a później po zwróceniu mu uwagi o naprawdę pierdołę on trzaska drzwiami i wracając po kilku godzinach drze się od progu, że do końca roku któreś z was się wyprowadzi z domu, bo on dłużej tego nie zniesie, to jest to zajebiście przykre uczucie.

Tym bardziej, że pomagasz, mimo że formalnie nie musisz, a jednak czujesz się odpowiedzialny, za to nie pomagają ci, którzy z racji chociażby więzów krwi pomóc powinni.

Rzygać mi się chce od tego wszystkiego.