Wrócili i zaczął się terror psychiczny na całego. Jestem przezroczystym powietrzem. Bez słów, bez gestów, jakbym nie istniała.

Półistniałam za to wczoraj kiedy moja matka krytykowała mnie za wszystko rozmawiając z moim bratem, bo na pewno nic nie ugotowałam (pomidorówka? dobrze, że nie jadłeś, pewnie była kwaśna [a jaka miała być, kurwa, słodka?], pierogi? niemożliwe, przecież ona nie potrafi robić pierogów, dobre jej wyszyły? niemożliwe [a jednak!]), nie zrobiłam zakupów [zrobiłam, ale jednak trzeba było ostentacyjnie iść z rana na zakupy, bo ich ser jest najichszy, a mój pewnie trujący], bo nie karmiłam psa i same żebra jej widać [to nic, że cudowałam z  mięsem, rybą, suchym, mokrym, warzywkami, owocami, a pies po prostu tęsknił i nie jadł], bo pewnie w domu jest bajzel [niestety nie jest, na kolanach przeleciałam przez całą chatę].

Doprawdy nie ogarniam tego…