nie-codzienna

Verba volant, scripta manent

Umówiłam się do chirurga szczękowego – tak, moja ulubiona rozrywka – niestety zaistniały okoliczności, które znacząco przyspieszyły termin wizyty.  Informuję, że jednak będę musiała wziąć wolne wcześniej (nota bene mam jeszcze 25 dni tegorocznego urlopu…)

- przecież miałaś iść za 2 tygodnie

- wiem, ale jednak muszę iść już teraz

- ale miałaś iść za 2 tygodnie!

Kierowniczka wkurwiona, bo nie przewidziałam, że zrobi mi się stan zapalny 2 tygodnie przed umówioną wizytą. Moja wina.

- ok rozumiem, że w czwartek ma pani wizytę i wolne, ale po co pani wolne w piątek? – błysnął prez

- no nie wiem, może będę miała założone szwy, spuchniętą gębę, gorączkę, itp atrakcje niekoniecznie pożądane w pracy?

Tu już przewidziałam wszystkie okoliczności „po”. Jest cudownie, mam nadzieję, że to mój ostatni raz u chirurga szczękowego.

 

Dalsza część atmosfery szacunku, wzajemnego zrozumienia i wspaniałej współpracy.

Zostałyśmy poproszone o załatwienie czegoś bliskiej nam osobie. Coś załatwić można w godzinach, w których ja pracuję, a moja matka chwilowo przebywa w domu, więc bez problemu mogłaby to zrobić, ALE z miejsca znalazła tysiąc powodów – coraz bardziej irracjonalnych – na nie. Kurwa ręce mi czasami opadają, jak łatwo jej przychodzi przechodzenie z „pomóż mi” do „ja tobie nie zamierzam pomagać, bo nie”. Zwolnię się jutro z pracy wysłuchując przy tym „no skoro musisz” i pojadę, załatwię. Nienawidzę czegoś takiego.

Bo ona ma żal do wszystkich, gdyż jej dziecko ukochane marnuje sobie życie rzucając wszystko w pizdu i emigrując na frytownicę. Niech jedzie, jego brocha.

Młody wyjechał, a pies celebruje depresję

- dziwna jest, widzisz chyba ma depresję – rzekła matka

- malutka jutro kupię ziółko, zajaramy sobie to ci się poprawi ;)

- akurat teraz jak zaczęłam antybiotyk brać?!

- a co Ty też chciałaś?!

Nie wiem z czym ona ma ten antybiotyk 8-O

Nowy rok jak Państwo wiedzą przywitałam pięknym 3-tygodniowym atypowym zapaleniem płuc, a jaki nowy rok, to tak się to jebaństwo wlecze już 10 miesiąc…

W weekend od dawna wyczekana wizyta w stolnicy celem zachwytów nad cyrkiem, cała noc przed przerzygana, droga do i z przespana pod kocykiem dla efektu wzmocniona dreszczami gorączkowymi. Żyć, nie umierać. Powoli dojrzewam do konieczności wykonania gastroskopii, miałam, znamy się i nie tęsknię, ale gorączkowo-bólowo-rzygająco się długo nie da.

Cyrk jak zawsze GENIALNY i bardzo żal mi dupę ściska, że nie mieszkamy w Las Vegas, bo wtedy mogłabym obejrzeć wszystkie przedstawienia (uprzednio produkując sobie worek $, ale to inna inszość).

Doszłam do wniosku, że raczej nie będę miała dzieci, gdyż jak wyhoduję taki uparty i głupkowaty jak mój brat egzemplarz to zabiję własnymi rękoma. Za 20 lat cierpliwość spadnie mi zapewne jeszcze bardziej.

Młody zaczął 3 raz szkołę/studia i 3 raz powtarza się ta sama historia. Dochodzi do jakiegoś przedmiotu, który ciężko zaliczyć i co? Wszyscy są winni, tylko nie on. Wykładowca się uwziął; zaliczają te kartki, które spadną na biurko; ma braki jeszcze z gimnazjum. Ja w takiej sytuacji grzecznie, acz upierdliwie brałam na przeczekanie; próbowałam do skutku; sadzałam dupę nad książkami i się uczyłam do wyrzygu. Ale to byłam ja. On sobie weźmie dziekankę, posiedzi rok w domu, pogra na kompie i pospotyka się z kolegami i z marszu pójdzie zaliczyć warunek mając nadzieje, że braki programowe w jakiś magiczny sposób same się wyrównają. A wszystko to zasponsoruje moja ślepo zapatrzona w syna matka. Kilka lat temu chciałabym mieć taki komfort psychiczny jak on ma dziś. Niestety sytuacja materialna była trudna, skoro chciałam się uczyć to musiałam sobie na to zapracować, a i tak musiałam wysłuchać swoje kiedy coś nie szło tak jak powinno.

Matka oczywiście zachwycona nie jest

- może weź z nim porozmawiaj

- o nie, ja z nim rozmawiała nie będę, ja się w to nie będę mieszała, to jest wasza sprawa, ja mu wczoraj proponowałam wyłożyć, że należałoby wziąć korki, ale „się nie da i nie ma od kogo„, że trzeba się uczyć, ale „przecież uczy się non stop„, że może trzeba schować dumę do kieszeni i iść się płaszczyć na dyżur, ale „facet dyżury ma rozpisane tylko umownie, a jak przyjedziesz to zaraz po dzień dobry każe ci spadać” , o czym mam z nim rozmawiać skoro on już postanowił?

- no ale znowu będzie cały rok siedział w domu i nic nie będzie robił, a ja będę go musiała utrzymywać

- za to możesz podziękować sobie i swojemu mężowi, to wy zrobiliście z niego taką pizdę wyszczekaną tylko w domu, to wy mu sponsorujecie kolejny rok wakacji w domu, jeszcze bardziej głaszcz go po główce żeby się nie denerwował i dajcie mu jeszcze więcej kasy to z całą pewnością to doceni…

W ramach rozwijania mojego łosizmu zostałam uraczona zdalnym dostępem do pracowego programu, abym mogła zapierdzielać 24/7. Wdzięcznam bardzo. Żeby nie było wątpliwości – wiąże się to z najwyżej uściskiem prezesa.

A praca to nieustające pasmo sukcesów.

Wrócili i zaczął się terror psychiczny na całego. Jestem przezroczystym powietrzem. Bez słów, bez gestów, jakbym nie istniała.

Półistniałam za to wczoraj kiedy moja matka krytykowała mnie za wszystko rozmawiając z moim bratem, bo na pewno nic nie ugotowałam (pomidorówka? dobrze, że nie jadłeś, pewnie była kwaśna [a jaka miała być, kurwa, słodka?], pierogi? niemożliwe, przecież ona nie potrafi robić pierogów, dobre jej wyszyły? niemożliwe [a jednak!]), nie zrobiłam zakupów [zrobiłam, ale jednak trzeba było ostentacyjnie iść z rana na zakupy, bo ich ser jest najichszy, a mój pewnie trujący], bo nie karmiłam psa i same żebra jej widać [to nic, że cudowałam z  mięsem, rybą, suchym, mokrym, warzywkami, owocami, a pies po prostu tęsknił i nie jadł], bo pewnie w domu jest bajzel [niestety nie jest, na kolanach przeleciałam przez całą chatę].

Doprawdy nie ogarniam tego…

Mamusia (bardziej moja, ale pies najwyraźniej uważa, że współdzielona) wyjechała na wywczas i zostawiła księżniczkę na mojej i tylko mojej (nie)łasce. W związku z powyższym pies odmówił między innymi:

- spożywania pokarmów, które mu w tym ukropie z poświęceniem gotuję, a ona przychodzi, wącha i idzie dalej nawet nie umoczywszy pyska,

- spania w nocy, dzięki czemu i ja przez ostanie 2 dni przespałam łącznie 5 godzin i jestem lekko nieprzytomna,

- rozumu i cierpliwości, co owocuje obszczekiwaniem wszystkiego i wszystkich na przykład o 3 w nocy, lub radosnym komunikowaniem – tym razem dla odmiany o 2 w nocy – że rusz dupsztala, idziemy na spacerek.

Nie wiem, która z nas pierwsza padnie, ale śmiem obstawiać, że ja, bo ten suk zapewne się wysypia, kiedy ja pracuję ;>

A mamusia na kolejny wywczas dostanie psa w gratisie, bo ani działka nie pomaga, ani babcia najukochańsza, ni inne atrakcje.

Kiedy komuś pomagasz m.in. utrzymując go przez kilka miesięcy, bo nie ma pracy; jadąc w środku nocy do niego do szpitala oddalonego o 200 km, bo nagle tam trafił; załatwiając za niego masę urzędowych przykrych spraw, bo sam sobie najebał w życiorysie, a później po zwróceniu mu uwagi o naprawdę pierdołę on trzaska drzwiami i wracając po kilku godzinach drze się od progu, że do końca roku któreś z was się wyprowadzi z domu, bo on dłużej tego nie zniesie, to jest to zajebiście przykre uczucie.

Tym bardziej, że pomagasz, mimo że formalnie nie musisz, a jednak czujesz się odpowiedzialny, za to nie pomagają ci, którzy z racji chociażby więzów krwi pomóc powinni.

Rzygać mi się chce od tego wszystkiego.

Gazety użalają się na biedną Kowalczyk, bo źle ulokowane uczucia, poronienie, depresja.

Ona odgrała się na eks kochasiu komentując swoje życie prywatne bardzo mocno publicznie.

On kretyn, bo się połasił, ona wcale nie lepsza, bo mu dała.

Odgrywając się na eks kochasiu odegrała się przede wszystkim na jego żonie i potomstwie. I to jest kawał kurestwa.


statystyka
  • RSS
  • Blip