nie-codzienna

Verba volant, scripta manent

Jako szczęśliwa posiadaczka zapalenia płuc i mniej szczęśliwy tester antybiotyków (bo przecież po co wykonać antybiogram – za który nawet skłonna byłam zapłacić co i tak taniej wychodziło niż wykupienie połowy apteki, skoro można pierdolnąć terapię celowaną, a że trzykrotnie nie trafioną to już inna sprawa) pozostaję na zwolnieniu. Kontakt z pracą mam jak najbardziej zachowany, uprzejmie mi donoszą:

- Ty się szybko kuruj, bo firma się sypie, a kierowniczka kurwuje niemiłosiernie

- mam to w dupie, mam zapalenie płuc, 4 antybiotyk i zamierzam to wyleżeć, acz domyślam się że atmosfera jest gęsta

- bardzo delikatnie mówiąc

- no trudno jestem tylko człowiekiem i czasami choruję, czasem nawet dosyć poważnie

- kierowniczka chyba tego nie rozumie, twierdzi że „ma już tyle roboty, że nie wie w co ma ręce włożyć”

- no bo w końcu robi to za co jej płacą,  a czym normalnie za nią zajmuję się ja, wiem że będę miała przerąbane jak wrócę

- już teraz Ci współczuję…

 

W międzyczasie pada propozycja:

- czy mogłabyś przyjechać do pracy na jakiś czas?

- niestety nie, dostaję zastrzyki i nie wiem o której przyjdzie pielęgniarka, poza tym mam zapalenie płuc, a nie katar – foch i obraza majestatu

 

Po prostu nie mogę się doczekać powrotu, chyba powinnam zawczasu zakupić valium…

Jestem głęboko zażenowana poziomem intelektualnym naszych polityków. W każdym cywilizowanym kraju powstają zespoły wprowadzające gender, a u nas jak zwykle na opak – będziemy zwalczać. Kościół znalazł sobie bardzo nośny, zastępczy za pedofilię obcobrzmiący temat, którym starszy, a za jego przykładem idą środowiska sympatyzujące.

Ten cały straszny gender to płeć społeczno-kulturowa, coś czego się uczymy od dziecka, twór który wbrew pozorom nie ukształtuje geja czy lesbijki, bo z seksualnością się rodzimy, to czy lubisz jabłka, piwo, jazz, mężczyzn, czy kobiety nie zależy od tego czy w dzieciństwie chodziłeś ubrany w spodnie, sukienki, bawiłeś się samochodzikami, czy lalkami. Po prostu tak masz i już.

Kempa chce się pilnie przyglądać działaniom związanym z gender i reagować. Jak to będzie wyglądać w praktyce? Lecąc stereotypem ukształtowanym w Polsce: będziemy uczyć małe różowe księżniczki usługiwania mężczyznom, pracy za mniejszą niż mężczyzna pensję, poddawania się panu i władcy; chłopcy będą sprawować władzę, zarabiać więcej, decydować o wszystkim,  a po pracy będą siadać z pilotem w dłoni, bo są zmęczeni? Idąc tym tokiem (skoro Kempa sama chce zwalczać straszny gender niech zacznie od siebie) Kempa powinna zrezygnować z pełnienia funkcji publicznych, powrócić na łono rodziny i dbać o ciepło ogniska domowego pozostając na utrzymaniu męża – jedynej osoby mającej władze, zapewniającej proces decyzyjny i dbającej o finanse rodziny.

W jaki sposób ideologia gender negatywnie wpływa na polską rodzinę i najmłodszych? Kobiety chcą mieć takie sama prawa jak mężczyźni, matki chcą aby ich córki od dziecka wiedziały, że nie są w niczym gorsze od synów, że mają takie same prawa, obowiązki, możliwości, że mężczyzna może być równym partnerem w pracy, w domu, w każdej sferze życia prywatnego i publicznego.

Nie rozumiem z czym i po co walczymy wydając publiczne pieniądze, które mogłyby być zdecydowanie lepiej spożytkowane, chociażby na uświadamianie starszym podstawowych objawów zagrożenia życia.

Podam przykład z własnego podwórka: moja babcia jest bardzo negatywnie nastawiona do tego „strasznego gendera, który demoralizuje dzisiejszy świat” (który nota bene pozwolił jej pracować, posiadać własną, wyższą od dziadkowej emeryturę, która pozwala jej być niezależną), bo tyle się złego mówi i w mediach i w kościele, a babcia mając mnóstwo wolnego czasu jest na bieżąco z wiadomościami, więc nie wie z czym, ale walczy. Dla odmiany w mediach i kościele nie trąbi się o bardzo charakterystycznych objawach groźnych chorób dotykających głównie starszych. Kilka dni temu koleżanka babci miała wszystkie charakterystyczne objawy udaru, dwa dni trwały sąsiadkowe debaty co się dzieje, co robić, w międzyczasie sąsiadka była regularnie karmiona i pojona co mogło się skończyć tragicznie…

Namiętnie nawiedzam przychodnię, zajebistą średnią wyrabiam w tym roku ;) Wolne sygnowane zwolnieniem lekarskim trwa dalej, a jako że udało mi się przyswoić paskudną wersję atypowego zapalenia płuc to ta przygoda może jeszcze potrwać. Napierdalam antyboty w wersji stałej, a jako że średnio pomagają to doktorka roztacza wizję aplikowania biotraksonu. Nie dość, że się duszę, napierdalają mnie całe żebra i przepona od tego kaszlu, to jeszcze chcą mnie uszczęśliwić proszkowymi zastrzykami po zaaplikowaniu których siadasz sobie w przychodni i dyskretnie ronisz łzy z powodu bólu dupy i nogi i w skrytości zastanawiasz się czy uda ci się dokuśtykać do domu. Wprost nie mogę się doczekać!

W ostatnich tygodniach zapierdalu w pracy marzyłam o wolnym, skoro mam ponad 40 dni urlopu to w końcu wypadałoby skorzystać. No i mam całe dwa dni urlopu, z gorączką, zapieprzonymi zatokami, zajebistym katarem i kaszlem. Całe to górnolotnie mówiąc leczenie zaaplikowane mi w sylwestra nie pomogło i jest coraz gorzej, lekarza oczywiście w tym tygodniu nie uświadczę, ale mamy przecież fundację. Odnoszę wrażenie, że przychodnie od czasu zaistnienia fundacji mają w dupie pacjentów – w ciągu ostatnich dwóch lat tylko raz udało mi się dostać do przychodni, cała reszta w fundacji… Wcale mnie nie wkurwia takie zbywanie pacjenta przez przychodnie i trafianie do mocno przypadkowego lekarza w fundacji, który jak się kiedyś okazało wszystkim pacjentom na rożne objawy zapisuje ten sam lek.

Są rodzicami dwulatka, do kompletu brakowało im córeczki. Dwie kreski, kolejne usg i radość. Dziewczynka.

Niestety się nie udało, popatrzyłam na nieco surowego tatę i mamę zajętą dwulatkiem. Jak dobrze, że mają tego małego urwisa,  jakoś się pozbierają…

Nieco surowy tata podał torebkę:

- proszę to zostawić przy małej, to jej prezent mikołajkowy

Śpioszki, których nigdy nie założy, miś, którego nie przytuli i książeczka, której nigdy jej nie przeczytają.

Prezenty dla robótkowych Rodzin zakupione, czekają na spakowanie i wysyłkę co powinno nastąpić w tym tygodniu.

Upominki pracownicze i rodzinne są, albo bynajmniej są upatrzone (matka, profilaktycznie chyba, od miesiąca nadaje mi o perfumie), sprawdziłam na sobie mój ukochany InPost dostarcza gifty na następny dzień (thank U InPoście za DKNY:)). Loff ich (w przeciwieństwie do poczty polskiej jak powszechnie wiadomo).

Do pełni szczęście brakuje mi prezentu dla Niego. On jest bestią wybredną, ale na tyle nieogarniętą, że sam mimochodem się z czymś wkopuje, a ja go uważnie słucham (a On co roku jest w szoku, że skąd wiedziałam). Obecnie jesteśmy na etapie zegarka. On zegarki namiętnie kolekcjonuje, w tym ma jeden zepsuty nienaprawialnie, który darzy wielkim sentymentem. Tak mi się bynajmniej wydaje po tekstach typu: „to był mój najlepszy zegarek, najlepiej się nosił, idealny, bardzo żałuję, że się zepsuł i nie mogę go naprawić” etc. Pod nieobecność Onego sfociłam sobie poszukiwany obiekt z zamiarem dowiedzenia się cóż to za model.

No i mamy taką sytuację, zegarek po kilku godzinach na stronie producenta znalazłam, dowiedziałam się też, że im jest very sorry, ale te zegarki są już no longer available. Po przetrzepaniu interneta poinformowano mnie, że poszukiwany obiekt jest vintage (nic dziwnego skoro go wypuścili 20 lat temu) i owszem przy odrobinie szczęścia być może gdzieś na świecie takowy znajdę.

Znalazłam, w cenie trzykrotnie wyższej niż pierwotnie, w Californii i nawet mi przyślą do Polski. A jak będzie niezadowolony to chyba mu wsadzę palec w oko ;)

Przejrzałam regulamin Szlachetnej Paczki, a tam jak wół stoi „zastanów się czy jesteś w stanie spełnić życzenia rodziny”.

Pomna doświadczeń zeszłorocznych doszłam do wniosku, że mimo szczerych chęci na Szlachetną Paczkę nas obiektywnie rzecz ujmując nie stać, bo jeśli wybiorę rodzinę, to zostanie ona skreślona i będzie skazana tylko na nas, a my z tej śmiesznej firmowej składki nie zakupimy odzieży i obuwia zimowego, nie wspominając o sprzęcie agd/łóżku/farbach do remontu – a może tego najbardziej potrzebują… A jeśli ja ich nie wybiorę to może będą mieli innego Gwiazdora, którego będzie stać na zakup wszystkiego z listy. Dla mnie to się nazywa odpowiedzialność.

ALE ALE

wlazłam do Waterloo a Ona mi uprzejmie doniosła o Robótce 2013

i piszemy się na to :)

 

W ciągu miesiąca…

Jest zdrową osobą,
Idzie do lekarza,
Ma operację,
Przychodzą wyniki,
Jest chorą osobą,
Zaczyna chemię i radioterapię.

A Ty się przejmujesz milionem bzdurnych rzeczy…

Przeczytałam artykuł i komentarze, a później obejrzałam zdjęcia, poczytałam blog  Angelo Merendino, który udokumentował walkę swojej żony z rakiem, albo jak on sam pisze „codzienne życie w rakolandzie, uczłowieczone oblicze raka, wyzwanie, trudności, smutek, strach, samotność i naszą miłość„.

Piękne zdjęcia trudnej codzienności, która mimo wszystko – znów cytując – była najlepszymi latami Angelo.

Komentarze pod artykułem mnie rozwaliły.

Dla jednych Angelo został bohaterem, bo dowiadując się o raku ukochanej osoby nie odszedł. Coś, co powinno być uznane za normalne, zostało nazwane nadzwyczajnym. A gdzie w tym wszystkim „w zdrowiu i w chorobie…„?

Dla innych stał się hieną okradającą żonę z codzienności, intymności, wreszcie żerującą na jej śmierci, bo po tym jak odeszła spisał ich historię, otworzył wystawę. Ona się zgodziła na dokumentowanie walki, a reszta jest zapewne jego sposobem na poradzenie sobie z odejściem żony.

Byli też tacy, którzy zdjęcia uznali za nijakie, słabe, bez emocji. Doprawdy? Co musi czuć mąż, który fotografuje swoją umierającą co dnia żonę, naprawdę mało w tym emocji?

Nie myślimy o śmierci, nie rozmawiamy o niej, nie przyjmujemy do wiadomości, że nie jesteśmy wieczni. Pamiętam kiedy będąc w szpitalu, tuż po pierwszej biopsji, po pierwszej przespanej dzięki morfinie od dwóch tygodni spokojnie nocy, sama uświadomiłam sobie swoją śmiertelność. Więc tak to się może skończyć, teraz, szybko – było to niezwykle zaskakujące, niewiarygodne, bo kto w wieku 16 lat umiera? Całkowicie bez sensu, a jednak zdarza się. Strach przyszedł później.

To wszystko, co Angelo pokazał na zdjęciach bardzo mnie dotyka i przypomina mi o moim życiu z Darkiem.  Jest prawdziwym zapisem codzienności osoby chorującej i jej partnera. Krótkie chwile szczęścia z których wykorzystuje się jak najwięcej i coraz dłuższe okresy kiedy jest źle. Życie codzienne, które nie wiadomo kiedy przenosi się do szpitala, który staje się domem. Ulubiony koc na szpitalnym łóżku, swój kubek na szpitalnej szafce. Łysa głowa i wielkie oczy w których odbija się miłość. Tak to właśnie wygląda.

Choram, wobec czego postanowiłam udać się do lekarza-specjalisty

- w przychodni powiedziano, że na ten rok skończył im się limit,

- ok, zatem prywatnie, skoro mam płacić to chcę iść do dobrego lekarza – nie ma problemu, pani doktor zaprasza 12 listopada,

- ok, prywatnie za 200 zł za trzaśnięcie drzwiami do byle jakiego szła nie będę,

- ciocia farmaceutka powiedziała mi co mam kupić i jak zażywać.

Podobno w Polsce mamy najwyższy wskaźnik pożerania leków bez recepty. Jakoś mnie to nie dziwi :)


statystyka
  • RSS
  • Blip