nie-codzienna

Verba volant, scripta manent

Wpisy z tagiem: milosc

ktos chce mnie udomowic, przyzwyczaic do siebie i swojej obecnosci, wzbudzic moje zaufanie i rozkochac mnie w sobie, tym bardziej uciekam, oddalam sie, zamykam sie w sobie.

‚Najlepiej zebym nic o Tobie nie wiedzial, niczego nie oczekiwal, o nic nie pytal – wtedy bedzie ok. Jestes jak kot – masz swoje sciezki i biedny ten, kto bedzie chcial z Toba po nich isc, albo nie daj Boze wiedziec dokad zmierzasz.’

Mozna cale zycie uciekac liczac na to ze ktos nie zniecheci sie ta zabawa i bedzie zawsze, codziennie chcial mnie gonic?

Po kilku latach zycia na obczyznie wraca Eks. Bylismy ze soba kilka lat, zdazylismy sie poznac jak lyse konie, zawsze jak on jest w Polsce wyskakujemy na jakas kawe i pogaduchy, ot taki prawie kumpel. Ale ale! Eks najwyrazniej ma plan…

- Z perespektywy czasu patrzac to dobrze mi z Toba bylo… My sie w zasadzie nigdy nie poklocilismy, nie? 

- Nie zaczynaj.

- No co? Stare dobre czasy wspominam, ciesze sie ze wracam, bedziemy sie czesciej widywac :)

Czyli ze co? Mam juz nogi depilowac i wylozyc czerwony dywan na powrot Jasnie Pana? Bo ja juz sie pogubilam : on wraca do kraju czy do mnie?

Znajac moja awersje do spotykania sie z nim (tak, swego czasu mialam taki uraz i za kazdym razem jak on byl w kraju to ja ‚nie mialam czasu’) sprytnie zadzialal o czym mnie poinformowal po fakcie:

- zamowilem sobie (…) przyjdzie na Twoj adres, ok? bo za granice nie chcieli mi wyslac. Odbiore sobie jak przyjade.

To teraz jestem poniekad zobligowana do spotkania, nie? Zastanawiam sie tylko czemu np. adresu ktoregos z rodzicow nie podal, w koncu wszyscy mieszkamy w tej samej miejscowosci. To szukanie pretekstu dziwne jest troche. Dorosli ludzie, a jak dzieci.

Bylam kiedys z – nazwijmy go sobie – lekarzem. Strasznie mi owy Pan imponowal, bo madry, zadziorny, a wiadomo ze lubimy niegrzecznych mezczyzn, do tego potrafil mi doskonale odpyskowac, co akurat jest cecha wielce pozadana. I tak sobie zylismy kilkanascie ladnych miesiecy obok siebie, spotykajac sie, doskonale bawiac, sypiajac ze soba. Lekarz mial jedna wade – nie deklarowal sie. Nigdy, w zadnej formie. A czas lecial…

Az kiedys z czystej ciekawosci wpadlam na szatanski pomysl wpisania jego maila w magiczne google… I sie doszukalam. Jedno z targowisk proznosci, on tam zalogowany ‚szuka swojej Iskierki’.

Jak widac czasami anielska cierpliwosc co do jego pracy, pacjentow, dyzurow, naglych wypadkow, spedzanie swiat i weekendow z nim na jego dyzurze zeby nie siedzial sam bo to przeciez przykre tak samotnie, ogromna dawka zrozumienia, jeszcze wieksza zaufania i empatii kiedy sie wsciekal ‚bo stracil dzis pacjenta’ to za malo. Za malo kiedy sie nie jest ta ‚Iskierka’.

Cale nasze zycie ksztaltuja dominujace trendy, a my albo sie im poddajemy, albo nie ulegamy.

Za czasow mojego szczeniactwa modny byl skok w doroslosc w 16 urodziny, jesli jeszcze nie mialo sie za soba swojego pierwszego razu, to wrecz idealnym ‚prezentem’ dla kolezanki czy kolegi byl osobnik, ktory pomagal jej/jemu pozbyc sie ‚problemu’. I tak oto gdzies, z kims przypadkowym dochodzilo do zblizenia ktore ksztaltuje pozniejsze zycie seksualne kazdego czlowieka…

Obecnie jest trend na czystosc, ktory zmierza w kierunku aseksualnosci. Mlodzi ludzie deklaruja czystosc az do slubu, tudziez calkowicie wyrzekaja sie seksu zwalajac to na brak libido.

I tak zle i tak niedobrze.

Nie mowie zeby sypiac z byle kim, byle gdzie, byle jak, byle miec to za soba i nie odstawac. Wazne zeby byc swiadomym swojego ciala, a przede wszystkim swojej psychiki. Wsluchac sie w siebie i delektowac sie jednym z najprzyjemniejszych doznan danych ludzkosci. A mozna tak tylko wtedy, gdy jest sie dojrzalym emocjonalnie i fizycznie – bez wzgledu na to ile ma sie lat.

Raczej ciezko poznac prawdziwa mnie. Najpierw przyciagam, owijam sobie delikatnie wokol palca, a jak zaczyna sie robic powaznie – odstraszam, uciekam, robie wszystko by zniechecic do siebie druga strone…

To taka postawa obronna – bo skoro nikogo do konca do siebie nie dopuszczam, to nikt nie moze mnie zranic, prawda? Tylko ze przychodzi taki moment ze mam dosc udawania bycia silna i wtedy zaluje tego odstraszania…

A odstraszam skutecznie. Rzadko kto ma dosc determinacji, by przebic sie przez ten mur chlodu i niedostepnosci.

Naucz mnie jak mam Cie rozumiec, jak mam Cie przyciagnac i jak mam Cie nie stracic.

Nie wiem czy chce Ciebie tego uczyc, nie wiem czy chce po raz kolejny zaufac i uwierzyc w to ze swiat moze miec wiecej kolorow niz tylko dwa…

Zastanawialiscie sie kiedys do jakiego momentu mozna kochac? Nie bede pisala o czynnikach ktore od nas zaleza – o zdradzie, zawiedzionych nadziejach, czy momencie w ktorym tracimy bezpowrotnie zaufanie do drugiej strony. Napisze o czynnikach niezaleznych od nas samych. 

Siedze sobie kiedys z mezczyzna w restauracji, delektujemy sie pyszna kolacja, dobrym winem, delikatna muzyka i soba. Sam poczatek powazniejszej znajomosci, juz wiemy ze cos sie delikatnie rodzi miedzy nami i wtedy on powaznieje:

- Jest cos o czym Ci jeszcze nie powiedzialem… Zabilem kiedys kogos, mialem wypadek samochodowy, zginela jedna osoba.

W glowie tysiac pytan bez odpowiedzi, milion dylematow, a jednoczesnie brak slow.  Bo to jest wazny dla mnie mezczyzna, bo chce z nim byc, bo zalezy mi, bo rozumiemy sie bez slow, a nie potrafie sie podniesc po tym co uslyszalam. Czy bede potrafila kiedykolwiek wsiasc z nim do samochodu, czy bede sie bala? Czy on sobie z tym radzi, czy nie? Zaluje, nie zaluje? Czy mam w to brnac, czy odejsc?

Inny mezczyzna, podobna powazna rozmowa – jest chory, nieuleczalnie. Ja tez, na niego. Ktos kiedys powiedzial ze ‚lepiej byc krotko szczesliwym, niz dlugo sie meczyc’. I zostaje. Prawie 3 lata pelne szczescia, milosci, poczucia bezpieczenstwa, spelniania marzen, a z drugiej strony leku, walki o jego zdrowie, zmagan z rakiem, fatalnym samopoczuciem, w koncu pustka po jego stracie.

Czy ludzie w takich sytuacjach nie zasluguja na szczescie, na druga osobe ktora ich pokocha takimi jacy sa? Czy mozna kochac i codziennie bac sie? Czy zycie zawsze musi byc takie niesprawiedliwe?

Targowisko proznosci. Namietnie pisze do mnie kolega, ja go namietnie splawiam.

‚(…)Napisalas w profilu ze jestes dwuzawodowa, czym sie dokladnie zajmujesz?’

‚Z wyksztalcenia jestem …-stka i …-giem. Pracuje w tym pierwszym zawodzie.’

‚A ile zarabiasz;>?’

‚Przedstawic Ci wyciag z konta? Zreszta wydaje mi sie chciales sie umowic i mnie poznac, a nie dawac mi kredyt, prawda?’

‚No tak, ale chcialbym wiedziec czy nie bede musial Cie utrzymywac.’

Nie bedziesz musial chlopcze. Spotykac ze mna tez nie bedziesz musial :)

Mimo wszystko mnie rozbawil. Mnie kobiete – materialistke.

Zawsze latwiej bylo mi sie dogadac z facetami niz z babkami. Mezczyzni to takie dziwne stworzenia: wala prosto z mostu jak im cos w przyjazni nie lezy, a nie czaruja ze jest uroczo, by po chwili z kims innym wbijac ci noz w plecy. Mam znajomych, kolezanki i przyjaciol – facetow.

Kazdy z nich zawsze w jakichs dysputach nad ranem z lampka wina w dloni stwierdzal ze ‚nie istnieje prawdziwa przyjazn miedzy kobieta, a mezczyzna, bo predzej czy pozniej ktores z nich zapragnie czegos wiecej’.

Dla mnie przyjaciel jest osoba ktorej moge powiedziec wszystko, od a do zet, wiec zna mnie bardzo dobrze, wie najlatwiej czym moze mnie zranic. Z tego wlasnie powodu nigdy nie bralam pod uwage, ze przyjaciel moze stac sie moim mezczyzna. W druga strone prosze bardzo, byloby to nawet wskazane. 

Zawsze tez to ktorys z moich przyjaciol byl ta strona ktora odnajdywala we mnie kobiete i zawsze bolalo to tak samo.

Kilka dni temu przeczytalam na stronie  jednego z moich przyjaciol wyrwane z kontekstu ‚zazdroszcze mu… zazdroszcze im…’. Dopytywalam skad to stwierdzenie, do czego je odniesc? ‚Jestem zbyt zmeczony by o tym rozmawiac/ nie mam teraz czasu pogadamy pozniej, ok?’. Takie rzeczy sie czuje, np. dobrze wiesz kiedy on przestaje cie przytulac jak przyjaciel, a zaczyna sie w ciebie wtulac jak w kobiete.

‚Zazdroszcze Jemu ze Ciebie mial, ze widzialas Was, ze byliscie Wy’.

Zablokowalam sie, ja tak nie umiem. Co innego byc czyjas przyjaciolka, co innego byc czyjas kobieta. Nie bede z nim, nie bede sie mu tez zwierzac, bo nie umiem swiadomie ranic kogos, kogo kocham… jak starszego brata.

- Moze Ty masz za duze wymagania dziecko? – zawyrokowala bardziej, niz zapytala, Marylka

(Swoja droga kocham jej wyczucie sytuacji, ona z a w s z e zaczyna tego typu rozmowy jak mam megodola)

- No pewnie, ja bym przeciez chciala zeby mezczyzna byl az wyksztalcony conajmniej na moim poziomie (bo juz kiedys sie klocilam z takim jednym o to ze ja chce studiowac, a w koncu mi to do szczescia niepotrzebne skoro jego aspiracje naukowe zatrzymaly sie na poziomie srednie ogolnoksztalcace), zeby mial pod kopula rowno poukladane (bo jak slysze "czesc jestem Franek, a Ty jaki lubisz seks?" to mam ochote strzelic samcowi miedzy oczy…), zeby potrafil rozmawiac i sluchac kiedy trzeba (bo chyba nic mnie tak nie irytuje jak chce sie wygadac a facet to bagatelizuje, albo jak on ma problem i "poradzi sobie z nim sam, zrozumialas Myszka?") i zeby nie bal sie panicznie faktu, ze byc moze kiedys zalozy rodzine, bedzie mial zone i dzieci (bo ja bym chciala, potrzebuje bliskosci, drugiego czlowieka, spelnienia).

To tak wiele..?

Z targowiska proznosci – jak to Annablack zwykla nazywac – wiesci sa niepokojace. Ja sie chyba nie nadaje dla dzisiejszych mezczyzn, serio. Dostaje maila, ogladam samca, no nie moja bajka, nie moj swiat. Ja nie jestem metalowa, ktora trzesie grzywa na kazdym koncercie, lazi w glaniakach i przygnebiajacej czerni, blizej mi na pierwszy rzut oka do grzecznej panienki z biura: starannie upiete kudly, spodnie w kancik, obcasik, elegancka koszula. Ale samiec nalega, chce sie poznac, wiec pisze mu jaka jestem: ze wredna, ze ironiczno-zlosliwa, ateistka, domatorka, do tego jeszcze outsiderka. I co on na to?

‚Brzmi ciekawie, widze ze bedziemy mieli o czym rozmawiac. To kiedy sie spotykamy:)?’

Nigdy chlopcze. Idz lepiej potrzasac ta swoja grzywa.

kiedy brakuje mi powietrza, kiedy moje zycie koncentruje sie wokol jednego. A przeciez obiecalam sobie ostatnim razem, ze nie dam sie kolejny raz wrobic w zadne uczucia etc. Mam problem z zaufaniem, z oddaniem siebie drugiej osobie tak do konca, mozemy sobie pogadac o pogodzie, sztuce, sytuacji spolecznej, czymkolwiek, ale nie o mnie, o tym co siedzi gdzies gleboko w duszy. Raz na kilka lat poznaje kogos podobnego do mnie, podobnego na tyle ze wydaje mi sie ze zrozumie cala moja przeszlosc, ktora wplywa na terazniejszosc i uchylam drzwi wglab mnie, zdejmuje maske i pokazuje mu siebie.

Nie taka silna i zdecydowana jaka znaja wszyscy, tylko prawdziwa, krucha mnie. 

Tak jakbym sie rozebrala i przeparadowala nago przed tlumem obcych ludzi. Znow zaczynam czuc, mowic o tym co siedzi wewnatrz mnie, ufac tak do konca, daje sie komus poznac… Okazuje sie ze niepotrzebnie, ze to nie ten czlowiek przed ktorym powinnam uprawiac uczuciowy ekshibicjonizm. 

Zostaje sama, nago, wsrod milczacego, obcego tlumu. I znow brakuje mi powietrza, aby oddychac.

Czy chociaz raz mogloby byc normalnie? Raz, jeden jedyny. Prosze.


statystyka
  • RSS
  • Blip